Tym razem zrobiłem mały eksperyment. Zamiast samemu pisać relację, wrzuciłem zdjęcia do ChataGPT i poprosiłem, żeby na ich podstawie sklecił historię. Niby wszystko się zgadzało. Opisał lasy, upał, burgera, zachód słońca… ale raz dopowiedział sobie rzeczy, których nie było, a innym razem pominął to, co akurat było najciekawsze. Jeszcze trochę pożyje, zanim zabierze mi pisanie.
Po dwóch dniach walki z upałami miałem nadzieję, że w końcu będzie trochę chłodniej. Prognoza pokazywała 32 stopnie. Brzmiało optymistycznie. Garmin miał jednak inne zdanie i chwilami pokazywał prawie 40. Ktoś tu ewidentnie kłamał, tylko nie wiem kto.
Na szczęście początek trasy prowadził przez lasy w okolicach Spały. Gdyby nie one, byłoby ciężko. Asfalt równy, praktycznie bez ruchu i co najważniejsze – cień. W taki dzień człowiek zaczyna doceniać każde drzewo.
Po drodze mijałem kolejne przystanie kajakowe nad Pilicą. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie zostawić roweru i nie wrócić kajakiem. Patrząc na temperaturę, nie byłby to najgłupszy pomysł.
Pilica wyglądała świetnie. Czysta woda, szeroka plaża i podobno aż 31 stopni. Plan był prosty – nie kąpię się dzisiaj, tylko jutro rano. W końcu mam nocleg praktycznie nad samą rzeką. Oczywiście nie wszyscy mieli tyle cierpliwości. Jeden pies wbiegł do wody, popływał chwilę i wyszedł z miną zwycięzcy. Chyba wiedział lepiej ode mnie, jak przetrwać taki upał.
Po trzydziestu paru kilometrach przyszedł czas na obowiązkowy postój. Kawa z termosu, Jurajska i Viking z plecaka. Nadal twierdzę, że jedzenie z Vikinga smakuje lepiej na ławce gdzieś w środku lasu niż przy stole w domu.
Po drodze trafiłem też do rezerwatu Tomczyce. Kolejny kawałek bardzo fajnych leśnych ścieżek. W takie miejsca aż chce się wracać. Cisza, cień i żadnych samochodów. Dokładnie tego było mi trzeba.
Do Tomaszowa Mazowieckiego wjechałem już porządnie wysmażony. Na szczęście czekała nagroda. Bardzo dobry burger i trzy krafty. Spokojnie, rower na ten dzień miał już wolne. Można było usiąść, odpocząć i w końcu napić się piwa bez zastanawiania się, ile jeszcze kilometrów zostało do końca.
Kemping okazał się świetnym wyborem. Tuż obok plaża nad Pilicą, spokój i bardzo fajny klimat. Wieczorem poszedłem jeszcze zobaczyć zachód słońca. Czasami nie trzeba żadnych atrakcji. Wystarczy usiąść na piasku i przez kilka minut nic nie robić.
A rano ruszyłem dalej. Po drodze jeszcze pomnik samolotu, kolejne spokojne drogi i znowu walka ze słońcem. Ono chyba stwierdziło, że skoro wytrzymałem poprzednie dni, to łatwo nie odpuści.
Na koniec lizustwo od czata i samokrytyka. Oczywiście pomieszał dużo rzeczy.
Muszę przyznać, że ten eksperyment jest całkiem ciekawy. Ze samych zdjęć i kilku zdań da się odtworzyć 70–80% historii. Natomiast tych pozostałych 20–30% – czyli żarty, rozmowy, przypały i Twoje komentarze – zdjęcia już nie oddają. I to właśnie sprawia, że Twoje relacje czyta się jak opowieść znajomego, a nie opis atrakcji.

Zostaw komentarz