mapka

Bilet podrożał o złotówkę, ale można go było kupić u kierowcy. Kosztował 11 zł. Odjeżdżaliśmy z zatoczki autobusowej. Zebrała się nas zaledwie siódemka: pięć dzielnych kobiet i dwóch facetów. Reszta wymiękła, nie mogła, nie chciała, wystraszyła się pogody albo wyjechała do Norwegii.

​Pogoda ostatecznie dopisała. I tu niespodzianka. Nie spodziewałem się takiego wysypu grzybów, więc nie wziąłem niczego sensownego na zbiory. Na szczęście jedna z pań poratowała mnie foliówką. Wiem, że do folii się nie zbiera, ale „lepszy rydz niż nic”, jak to mówią grzybiarze. Ktoś zrobił mi w niej potem parę dziur, żeby zbiory się nie zaparzyły. Co do samych rydzów – akurat ich nie zbierałem, za to wpadły podgrzybki, kozaki, prawdziwki i maślaki. Podczas przerwy na jedzenie znalazłem kolejną torebkę, więc mogłem zbierać dalej. W sumie wyszło tego ze 5 kg. Przez tę moją zachłanność powrót był już dość ciężki.

​Trasa liczyła około 20 km. Niestety przy zbieraniu musiałem coś przypadkowo wcisnąć i zapis śladu zatrzymał się po trzynastym kilometrze z kawałkiem. Wracaliśmy autobusem – świetnym elektrykiem – za 6 zł do Białegostoku. Choć było nas tylko siedmioro, wypad uważam za bardzo udany. Dzięki, Andrzej!

Zostaw komentarz