Pociąg miałem do Gliwic z Białegostoku o godzinie 9:15 i na miejscu byłem już o 15:05. Ale przecież nie mogło być inaczej niż z jakimś przypałem. Dali inny skład i w moim 8. wagonie nie było miejsca na rowery, za to wolne haki wisiały w 4. Przeszedłem dwa przedziały, ale ciężko się przedzierać przez setki ludzi i wściekłe psy. Na szczęście po tej nierównej walce w połowie spotkałem kierowniczkę pociągu. Zapytała mnie, czemu nie wyjdę z pociągu i nie przeprowadzę roweru do 4. wagonu. Mówiłem, że pociąg na stacji stoi tylko minutę. Spoko, ja tu rządzę i dam Ci fory. Dopóki nie wsiądziesz, pociąg nie ruszy. Ta dodatkowa minuta dużo mi dała. Mimo to pociąg przybył o czasie.
Mój hostel jak zwykle był nie wiadomo gdzie ukryty. Setki kombinacji, żeby tam wejść, goście nie wiedzieli, jaki to adres, bo i po co, skoro byli już na miejscu, ale jakoś trafiłem. Właściciela oczywiście nie było, bo i po co. Zadzwoniłem i zapytałem, jak mam zapłacić. Powiedział, żebym kasę wrzucił do biurka. Wrzuciłem do kredensu i zrobiłem zdjęcie, żeby mieć dowód.
Ale nie po to pojechałem do Gliwic, żeby rower prowadzić z wagonu do wagonu i wrzucać pieniądze do kredensu. Misja była inna. Słynne drzewo z drzwiami – Tekla. Nie było daleko od Gliwic. 14 km, więc myślałem, że szybko dojadę, niestety wwaliłem się na jakieś lotnisko. I było mocno naokoło. Wracałem już poprawną trasą i była bardzo dobra. Tekla z bliska wygląda Inaczej niż na zdjęciach, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wszedłem nawet do środka.
Tekla to nie wszystko. Obok jest zamek i ogólnie bardzo przyjemny, sielski teren. Warto tam pojechać i posiedzieć. Pooglądać, jak muchy wlatują do bezalkoholowego piwa, a mimo to zaliczają zgona. Na kolację miałem z Vikinga rigatoni z sosem paprykowym i waszczukowe piwo miód i malina.
Cóż, misja zakończona, czas wracać.

Zostaw komentarz