mapka

Dwa miesiące temu byłem w Długim Ługu, u Wandy i Jurka – dwóch słynnych kapibar na Podlasiu. Poprzednia wizyta tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłem odwiedzić je ponownie, a przy okazji zobaczyć także motylarnię.

Lipiec w tym roku jest niestety deszczowy, ale udało mi się trafić w idealne okno pogodowe. Wybrałem się tam ze znajomą. W jedną stronę pojechaliśmy trasą przez Czarną Białostocką, co dało około 45 kilometrów.

Wstęp do zagrody z kapibarami oraz karmienie innych zwierząt kosztowały 45 zł. Same kapibary były tego dnia wyjątkowo ospałe. Co prawda zjadły przygotowane dla nich polskie mlecze i marchewki, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że czegoś im brakowało. Może zmęczyła je sobotnia ulewa, a może poprzedniego dnia miały własną imprezę – tego już pewnie się nie dowiem.

Za to pora karmienia innych zwierząt, rozpoczynająca się o godzinie 12:00, była zapowiadana z dużym wyprzedzeniem przez głośne meczenie kózek, baranów i alpak. Zwierzęta doskonale wiedziały, kiedy nadejdzie czas posiłku. Kózki tradycyjnie próbowały skakać na ludzi, choć wyglądało na to, że najchętniej dostałyby jedzenie bez czekania. Alpaki również nie słynęły z cierpliwości – zamiast grzecznie czekać na marchewkę podawaną z ręki, próbowały od razu wsadzić pyszczki do pojemnika z jedzeniem. Widać było, że apetyt dopisuje wszystkim mieszkańcom Animory.

Później przyszedł czas na motylarnię. Wejście kosztowało dodatkowe 15 zł, ale zdecydowanie warto było dopłacić tę kwotę. Motyle okazały się przepiękne – zachwycały kolorami, wzorami i rozmiarami. Czasami udało się je wziąć na palce. Motyle uwielbiają pomarańcze. Co ciekawe, wiele z nich żyje zaledwie tydzień lub dwa, dlatego ich piękno jest tak ulotne. Zdarza się również, choć rzadko, że któryś z motyli ucieknie z motylarni i można go później spotkać w okolicy.

W tym ośrodku można tam też usłyszeć historię o papudze, która kiedyś uciekła na kilka tygodni. Ostatecznie została odnaleziona na drzewie czereśniowym i szczęśliwie wróciła do swojego domu.

Po wizycie w Animorze pojechaliśmy do Grodu na Milewszczyźnie. Trafiliśmy akurat na pokaz przygotowywania dawnych napojów (bez alkoholowych) . Była to ciekawa lekcja historii i okazja do zobaczenia, jak wyglądały dawne receptury. W karczmie zjadłem pajdę chleba z kiełbasą oraz serem korycińskim, po czym ruszyliśmy dalej.

Kolejnym przystankiem była plaża w Korycinie, a następnie droga powrotna przez Kosmaty Borek. Trasa, licząc od Animoru, była krótsza o około 10 kilometrów, choć wcześniej jej nie znałem. Okazała się całkiem dobra – jedynie kilka kilometrów prowadziło przez las i dość nietypową drogę, ale nie sprawiło to większych problemów.

Wyjazd był bardzo udany. Udało się ponownie odwiedzić Wandę i Jurka, zobaczyć niezwykłe motyle, zajrzeć do historycznego grodu i odkryć nową trasę rowerową. Zdecydowanie była to wycieczka warta powtórzenia.

Zostaw komentarz