Niedawno otwarto linię kolejową do Łomży, więc trzeba było ją przetestować. Kwestią sporną pozostawało tylko to, kiedy przestanie padać deszcz, bo początek lipca był niestety wyjątkowo deszczowy. W niedzielę pogoda zrobiła nam jednak małe okienko, które zaczynało się mniej więcej od 12:00–13:00. I akurat w tym czasie pociąg zajechał do Łomży.
Niestety nie miałem wcześniej zaplanowanej trasy, ale od czego jest technologia. Ze strony zgrałem mapkę w formacie GPX, wrzuciłem do Locusa i już wiedziałem, jak jechać. Wybraliśmy się w czwórkę, bo dołączyło do mnie, albo ja dopiero nich, troje znajomych.
Po parunastu kilometrach zajrzeliśmy do Muzeum Przyrodniczego w Drozdowie. Jak na bilet za 11 zł, miejscówka oferuje naprawdę sporo: Dworek Lutosławskich, wystawa o Dmowskim, rośliny, grzyby, zwierzęta i wielki niedźwiedź. Atrakcji było pod dostatkiem, więc zabawiliśmy tam chyba z godzinę. Później, parę kilometrów za miejscowością Rakowo-Czachy, trafiliśmy na miniwieżę widokową “budkę”. Tam posiedzieliśmy, zjedliśmy coś i nagle zorientowaliśmy się, że czas ucieka bardzo szybko, a przed nami wciąż jakieś 30–40 km. Trzeba było zbierać się w drogę.
Dojechaliśmy do Bronowa, gdzie trafiliśmy na nowy, fajny most. Niestety po drugiej stronie rzeki droga była już znacznie słabsza – mocno piaszczysta. Mimo to posiedzieliśmy chwilę nad Narwią, po czym ruszyliśmy dalej. Dopiero w okolicach Gaci (albo kawałek wcześniej) na drogę wrócił asfalt, a potem zaczęła się ścieżka rowerowa prowadząca do samej Łomży. Pojawił się dylemat: jechać dalej wygodną ścieżką czy wpakować się w piachy parku krajobrazowego. Padło na ścieżkę. Jednak po paru kilometrach płynnej jazdy trafiliśmy na odbicie do parku. Skręciliśmy tam, bo do odjazdu pociągu została nam jeszcze grubo ponad godzina. Po drodze mijaliśmy Rybno i tamtejszy słynny stok narciarski.
No i na koniec powrót do Łomży. Tam zrobiliśmy szybkie zdjęcie z “Hanką Bielicką” i ruszyliśmy na dworzec. Mimo że wcześniej nie dało się kupić biletu na rower przez internet, w pociągu jechały tylko nasze jednoślady. Bilety kupiliśmy bezpośrednio u konduktorki. Jedna osoba z ekipy wykazała się sprytem – bilet dla siebie kupiła online, a na rower dopiero w pociągu, dzięki czemu została z dwoma złotymi w kieszeni. Wyjazd zdecydowanie udany!

Zostaw komentarz