Od paru lat marzyłem, żeby zobaczyć kapibarę na żywo. Wiedziałem, że w Polsce gdzieś tam są, w jakichś zagrodach, zwierzyńcach, ale niestety były dosyć daleko od Białegostoku i nie po drodze. Jednak Facebook, jak to Facebook, namierzył, że piszę o kapibarach i wrzucił mi reklamę spersonalizowaną. Tym razem podrzucił mi reklamę animoraju z Długiego Ługu, który był dosyć blisko ode mnie – 35-40 km. Główna trasa na Korycin z Białegostoku jest dosyć niebezpieczna, więc trzeba było się kierować bocznymi drogami, między innymi przez Wasilków, Klimki. W Czarnej Białostockiej zjadłem pierwsze jedzenie, które kupiłem wczoraj na Foodsi z Vikinga. 30 zł za 6 dań to nie 90, a że termin krótki, to nie za bardzo mi przeszkadzało. Nad zalewem zjadłem obiad składający się z napoju. Szybko pojechałem dalej, bo do 11:30 została tylko godzina. Niestety, trzeba robić wcześniej rezerwację, co zrobiłem. I byłem. Szybko opłaciłem bilet i pobiegłem zobaczyć kapibary – Wandę i Jurka. Jurek miał kropkę na nosie. Poczekałem na swoją kolejkę i poszedłem je nakarmić. Rzuciły się na mnie jak dziki na żołędzie. Jurek wyrwał mi miskę i zaczął żreć warzywa, na szczęście Wanda nie była taka nachalna i poczekała na swoją kolej. Dała się karmić z ręki. Pogłaskałem je, pokarmiłem, ale chciały jeszcze jeść. Kapibary to jakieś głodomory. Później o godzinie 12 była pora karmienia, ale kóz, alpak i innych zwierząt. Tutaj to koza była najbardziej nachalna. Skakała po mnie jak kózka po drzewach, byle zjeść te marchewki. Później na koniec jeszcze popatrzyłem na wielkie żółwie, pieski preriowe i inne zwierzaki i trzeba było się zbierać. W drodze powrotnej kierowałem się na Korycin. Ale po drodze zobaczyłem fajne grodzisko z fosą. Niestety na obiad trafiły mi się futomaki z tatarem z krewetek, których nie znoszę. Ale jak nie widzisz tych oczu, bo są zawinięte w nori, to można to jakoś zjeść.

Zostaw komentarz