mapka

O 6 rano obudziła mnie przepiękna melodia deszczu uderzającego o namiot. Teraz rozumiem, dlaczego ten dźwięk puszczają, żeby uspokoić czy pomóc zasnąć… Mnie jednak to nie ucieszyło. Wstałem i szybko schowałem sakwy, bo przecież miało nie padać. Ostatecznie pospałem do 9:30. Na śniadanie zjadłem jajecznicę, a na obiad miskę ryżu, a nawet dwie. W Zakątku, gdzie się zatrzymałem, kuchnia była świetnie zaopatrzona, więc nawet nie odpalałem własnej kuchenki. Najpóźniej mogłem wyjechać o 12:00, a nawet później, więc guzdrałem się do 11:30. I dobrze na tym wyszedłem! Lało jak z cebra, ale deszcz jakby zawsze był przede mną. Jechałem przez ogromne kałuże. Po drodze trafiłem na dożynki. Chciałem zjeść kiełbasę, ale szefa wszystkich szefów nie było, więc ceny nie ustalono i nic nie kupiłem. Za to ile tam było zwierzaków i innych cudów zrobionych ze słomy – zobaczycie na zdjęciach! Wydawało mi się, że kolegę tam z piwami widzę. Pewnie znajdziecie go. Dla pewności, żeby nie dogonić deszczu przed Ustką, zrobiłem jeszcze półgodzinną przerwę. Pomyślałem: zaraz Ustka, potem Rowy. To niedaleko, a jutro niedziela i czeka mnie ciężka droga do Łeby. Na mojej mapie nie rzucały się w oczy kempingi między Rowami a Łebą, a na tej trasie zawsze miałem jakieś przygody. Użyłem jednak aplikacji Park4night, za którą zresztą płaciłem – wykupiłem miesięczny abonament. Znalazłem surfcamp Gardno. Zadzwoniłem, okazało się, że jest czynne. Jadę! Nocleg pod namiotem tylko 35 zł, wszystko na miejscu. Jedynie prysznic kosztuje 5 zł, ale ile można się myć? Właściciel wyjaśnił mi, jak jutro dojechać do Łeby. Na obiadokolację zjadłem dwie miski ryżu z warzywami. Chciałem drugą zjeść rano, ale byłem trochę głodny i dwa dni bez obiadu, więc dwie zjadłem.

Zostaw komentarz